Moje „ukochanie” do urzędniczej braci jest dość znane. Przyznam, że to uczucie równie silne i „namiętne”, gdy idzie w parze z arogancją, bezdusznością i udowadnianiem swojej nieomylności. Jak bodaj kiedyś napisał Ryszard Kapuściński w „Imperium” wynika to z poczucia władzy i tego, że urzędnik biorąc do ręki pieczątkę, decyzję, czy inny atrybut władzy staje się zupełnie innym człowiekiem. Trudno w urzędowych klimatach spotkać życzliwych i przyjaznych, nam petentom, ludzi. Stąd dzisiejsza widomość tchnie nadzieją na lepsze jutro, jakby powiedział górnolotnie zamierzchły mówca.

Według bezpłatnego „Metra” od dziś, jeśli urzędnik wyda wadliwą decyzję lub bezprawnie będzie ją blokował, to zapłaci za to ze swojej kieszeni. Kary finansowe wymyślili posłowie, którzy chcą skłonić biurokratów do lepszej pracy. Z przepisów ustawy o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych wynika, że urzędnik za błąd będzie musiał zapłacić nawet 12 swoich pensji. Płacić będzie skarbówka, pracownicy urzędów gmin, ZUS, nadzoru budowlanego czy ministerstw, za np. błędne pozwolenia na budowę, za bezprawny zwrot kamienicy w ramach tzw. małej reprywatyzacji, za złe obliczenie podatku, bezprawną odmowę przyznania renty. Ale nie za każdy błąd będzie finansowa kara. Sąd administracyjny oceni stopień naruszenia prawa, a co za tym idzie – winy biurokraty. Wygramy, jeśli udowodnimy straty. Dopiero wtedy na urzędnika spadnie kara.

Comments

comments