Konsekwencja, z jaką Radna – Kandydatka wykuwa marketingowym młoteczkiem swój mit Jedynej i Właściwej Osoby do obsadzenia najważniejszego stolca magistrackiego mogłaby budzić podziw. Gdy nie owe intencje. Dobrymi podobno wybrukowana jest tylko droga do piekła. A że Radna – Kandydatka chyba nie należy do osób z kręgu Opus Dei, to i jej współrzędne celu są aż zbyt jasne. Na szczęście ma „swoją” Świątynię Konsumeryzmu i dzięki temu nie musi głowić się, co to wymyśleć, by ludność zauważyła tę jej akuratność i ważność.
Bo gdyby np. nadal zajmowała się marketingiem pobliskich sanatoriów był by lipa lub fotel wójta, ewentualnie burmistrza Szczawna Zdroju, czy innej Jedliny. Ani zaśpiewać czegoś patriotycznego, ani nauczyć dziatwę matematyki, nie wspominając już upichconej z panią Alą, słynnej sałatce za piętnaście zetów. Po raz kolejny okazało się, że Radna – Kandydatka to dziecię szczęścia, urodzone nie tylko na Pomorzu, ale i w czepcu. Może kaszubskim. Świdnicka Świątynia Konsumeryzmu spadła jej jak z nieba. O ile Niebo może mieć na imię Leszek. Na niewiele się zdały podobno srogie miny kapitalistów – właścicieli na owe praktyki PR-owskie Radnej – Kandydatki. Robi, co jej serce, rozum, intuicja i okazja podpowie. A że kobieta jest zdeterminowana na max i to nie tylko łaskotkami Leszka, (co to wie, jak, ale nigdy nie może skończyć) oraz Mareczka D. z pobliskiej Wierzbnej, to pewnie niedługo nie omieszka skorzystać z okazji i podczas kupowania słynnej kiełbasy czosnkowej, czy chińskich gatek usłyszą Świdniczanie ogniste rytmy folkloru południowo-amerykańskiego, czy rzewne śpiewy alikwotowe prosto z nad Ułan Bator. No cóż okazja kreuje marketing. Nawet polityczny. Jak to dobrze, miło i bezpiecznie, że w mojej głowie siedzą tylko problemy z urodzajem ogórkowo -patisonowym.