Dzisiejszy odcinek dedykuję tym (może nie jest ich zbyt wielu), którzy psioczą na nasze miasto, nudę w nim, brak powiewu tzw. szerokiego świata etc. I przy byle okazji (szczególnie w netowych komentarzach) deklarują ucieczkę z niego. Gdzie pieprz rośnie. Nie będę ich przekonywać, że się mylą. Opowiem za to o dzisiejszej sobocie spędzonej na świdnickim Rynku. W towarzystwie nieświdniczan, ale bez reszty oczarowanych miastem.
Zaczęło się od tego, że jesteśmy miłośnikami grzebania na tzw., szrotach, czyli magazynach pełnych przedmiotów z niemieckich „wystawek”. Znudziły się swoim dotychczasowym użytkownikom, a zaradni rodacy zbierają je, przywożą i …robią na nich interes.. Tak bywa w świecie ogarniętym nadprodukcją różnych dóbr. Dzisiaj szukaliśmy foteli do naszego ogródka. Wiklinowych, ratanowych, może i drewnianych. Byle nie plastikowych. Tradycyjnie zaliczyliśmy „szrotowe” eldorado w Nowiźnie i Tuszynie. To były pomyślne „łowy”. Za przysłowiowe grosze kupiliśmy dwa ratanowe fotele, w całkiem dobrym stanie. I już mieliśmy wracać do domu, gdy naszej młodzieży zachciało się lodów. Oczywiście w Świdnicy. Kiedyś już znaleźli takie miejsce, gdzie „dają” takie jak marzenie. Przyznam, że moje świdnickie wspomnienia lodowe zawsze obracały się wokół „niebiańskich” bakaliowych od Sikory. Oczywiście, ojca Jacka, mistrza cudeniek czekoladowych. Tylko, że dzisiaj to już wspomnienie. Nie dyskutowałem, bo determinacja w ich oczach nie zapowiadał nic dobrego. Okazało się, że tym wymarzonym miejscem jest dawna rynkowa Galeria Fotografii, a dzisiaj Galeria 44. Byłem tam może raz. Przy okazji Kongresu Regionów. I drugi, gdy sprawdzaliśmy oferty świdnickiego rynku mieszkaniowe. Ta druga wizyta przeszła jakoś bez echa. Pewnie, dlatego, że wtedy pierwszy raz „zaliczyłem” wieżę Ratuszową. Jak mawiają moje dzieci, to wydarzenie „zryło” mi zupełnie beret. Ostatecznie po krążeniu w tzw. bloku śródrynkowym (pomiędzy drzwiami, do których zamykania miał być przyjęty, wspominany onegdaj regulamin!!!!!) Trafiliśmy do celu.
Galeria 44 ugościła nas pucharami lodowymi o cudnym wyglądzie i takim, że smaku. A deser ananasowy podany w połówce owocu z grzywką wywołał entuzjazm i pstrykanie zdjęć. W końcu w takim miejscy obiektyw zawsze był mile przyjmowany. Nowoczesny i przejrzysty design lokalu z limonową nutą przewodnią cieszy oczy i nie męczy nadmiarem przedmiotów. Proste szkło do serwowania napojów i deserów jest eleganckie i szykowne. Obok letniego ogródka Galerii pysznią się kolorowe bukiety świeżych kwiatów z Rynkowych kwiaciarni. Właściciele witają i żegnają gości osobiście. Znajdują czas na krótkie pogawędki. Czuć, że lubią swoje miejsce i chętnie goszczą w nim ludzi. Usadzeni w wygodnych kanapach kontemplowaliśmy nieśpiesznie mijający czas, gapiąc się na przechodzące wycieczki, przechodniów, fasady kamienic i pierzaste chmury nad Świdnicą. Spokojny świdnicki Rynek urzeka. Nie ma na nim wrocławskich tłumów, żebraków i oczywiście wrocławskich cen. Hasło – Rynek z tradycjami – zaczyna nabierać tu sensu. I to za sprawą wspomnianej Galerii 44, której wizytówką są smakowite desery, a nie grill i piwo. Nawet ważone w Świdnicy.

Comments

comments