Czasami chodzę ulicą Kolejową i obserwuję, jak dramatycznie rozsypuje się coś, co kiedyś było synonimem porządku, solidności i punktualności. Pewnie, że było to dawno, aż przed wojną, ale było. Żyją dzisiaj ludzie, którzy pamiętają, jakim prestiżem cieszył się wówczas zawód kolejarza. Ile zarabiał maszynista. Jaki był pieszczochem ówczesnej władzy, a szczególnie Marszałka. Po wojnie też podobnie coś z tej wspaniałości dawnej PKP pozostało. Im bliżej jednak współczesności tym gorzej. Ostatnio przeczytałem, że PKP są bodaj jedyną firmą, która nie poddała się zmianą po bezkrwawej rewolucji 1989 roku. Stoi twardo na gruncie dotacji z kasy państwowej i ani rusz. Związkowe „zastępy janczarów”, co i rusz wyciągają broń strajkową w obranie swoich coraz bardziej wątpliwych przywilejów. Jak nie spawają torów, to zatrzymują coraz szczuplejszą liczbę składów – byle pokazać swoją potęgę i nie dać się zreformować? Choć i tych reform nie za wiele. Mój „ulubiony” minister – czaruś od kolei i innego transportu potrafi się jedynie uśmiechać i z całą determinacją powtarzać, że na Wielkanoc będzie lepiej. Ale do rzeczy. Dzisiaj znów szedłem sobie Kolejową. W oparach porannej mgły i duszącego dymu, który wydobywał się niewidomo skąd i zauważyłem pierwsze oznaki wiosny. Przy domku nastawniczego opodal przejazdu kolejowego przy ulicy Komunardów nie ma już kupki węgla do palenia. Niechybnie znaczy to, że wiosna już blisko. Może ktoś pokusi się i skosi chaszcze, którymi porosły tory? Może ktoś coś odświeży, odmaluje i sprawi, że okolice kolei będą mniej ponure i po prostu brudne? Nieopodal przy dawnej ulicy Pionierów (dzisiaj też Pionierów, ale chyba świdnickich) stoi kilka budynków zarządzanych przez PKP. I jest tam też dawna przychodnia zdrowia tejże firmy. Przyjrzałem się jej dzisiaj uważnie i ogarnął mnie smutek. Budynek, kiedyś niezwykłej urody, teraz mógłby bez specjalnych przeróbek grać rolę o zgliszczach czasu wojny. Zdewastowane okna, szczerbate mury i tynki, poobrywane rynny i opierzenia – dramat i wstyd. Drzwi pozabijany tandetną dyktą. Patrząc na to wszystko, aż chce się wyć z rozpaczy.
A obok odmalowany i odnowiony dom, w który, jak wskazuje napis, mieści się poradnia psychologiczno-pedagogiczna lub może coś na ten kształt. Aż przyjemnie na to popatrzeć. I okazuje się, że można. Czy wszystko to wina niechlujnego gospodarza? Czy władze miasta, które z takim pietyzmem budują pozytywny jego wizerunek nie potrafią skutecznie reagować na takie akty sabotażu? Bo, chyba tylko tak można określić ten stan rzeczy.

Comments

comments