Pisanie o niesprawiedliwości, o tym, że za wcześnie, że jeszcze mógłby cieszyć się – niczego nie zmieni. Ot tak, zrobiony jest ten świat. Przychodzi chwila i kończymy swój byt. Nikt tego nie zmieni. Kilka dni temu nadszedł czas na „Czarnego”. Jednej z bliższych mi osób. Pogodnego i dobrego człowieka. Takiego Go pamiętam od wczesnych lat dziewięćdziesiątych. I taki zostanie na zawsze w mojej pamięci.

Jutro idę z Nim na ostatni spacer. A było tych naszych spacerów całkiem sporo. Najbardziej pamiętane, to długie wałęsanie się z jego ukochanym dobermanem Alxem, po rozległych polach z MZEC-em. Alex szalał z radości, a my gadali o wszystkim i niczym. Zbyszek kochał swojego pupila, niczym zauroczony „małolat” swoją nauczycielkę. Nawet wówczas, gdy Alex tracił władzę w nogach i na spacery trzeba było go nosić, nie potrafił podjąć decyzji o uśpieniu. Dopiero, kiedy znaleźliśmy mu odpowiednie miejsce pochówku i stolarz zbił odpowiednią trumnę, „Czarny” zdecydował się. Mocno przeżył to rozstanie. Później namawiałem go na pokochanie kotów. Ale to nie było to.
Były jeszcze inne spacery. Zawsze ulubione grzybobrania w lasach pod Kaszczorem. Były wyjazdy na ryby. I coroczna wyprawa po wigilijne karpie w Góry Sowie. Tam było odpowiednie miejsce i niepowtarzalny smak ryby. Praktykowaliśmy ten rytuał przez blisko dziesięć lat.
Bardzo lubiłem „Czarnego” i jego brak, już dzisiaj czuję boleśnie. Największym pocieszeniem niech będzie myśl, że teraz bez żadnych oporów „Czarny” będzie mógł nałazić się z Alexem.

Comments

comments