Nieodłączną cechą otaczającej nas rzeczywistości jest to, iż nieustannie zmienia się ona. Paradoksalnie można powiedzieć, że zmienność jest w niej jedyną rzeczą stałą. Chciałoby się, by jeszcze coś nią było – np. słowo. Zrozumiałe, proste, klarowne i docierające do naszych emocji. Być mistrzem słowa, to wyzwanie dla niejednego. Tymczasem wielu traktuje słowo jak wytrych, którym można otworzyć nawet najbardziej zmyślny zamek. Szastają nimi przy byle okazji nie zdając sobie sprawy, że ta bylejakość w nazywaniu rzeczy przynosi skutek odwrotny od zamierzonego. Czytam na jednym z lokalnych portali (przepraszam, ale nie pamiętam już, którym – tyle ich jest) – „Chcemy z powrotem doprowadzić w mieście do normalności. Chcemy tego, by Urząd Miejski rzeczywiście służył mieszkańcom, a dziś się tak nie dzieje. Widzimy tylko przypadkowe działania władz, które nie spełniają oczekiwań świdniczan” – mówił Adam Markiewicz, kandydat na prezydenta Świdnicy z ramienia SLD podczas spotkania 4 października”.
Nie bardzo rozumiem ten fragment. Owszem rozumiem, że ma to być krytyka obecnej władzy. Tylko, na boga, po co odwoływać się w niej do normalności? Czy z tego, co powiedział Markiewicz, kandydat Lewicy na prezydenta miasta wynika, że codziennie od godziny 7.30 do godziny 15.30 w budynku przy ulicy Armii Krajowej odbywają się jakieś bezeceństwa? Występuje tam cyrk mongolski, czy działa jakieś centrum rozkoszy cielesnych? Czy Kowalski lub Nowak z Osiedla Młodych przychodzący załatwić swoją sprawę szczuty jest psami? A może na powitanie odbiera kilka pasów na miejsce, w którym jego plecy kończą szlachetną nazwę? Nie rozumiem? Przecież „normalność” wg Słownika języka polskiego PWN to „życie toczące się według ustalonych, znanych praw i zwyczajów”. Proszę wyjaśnić mi, średnio inteligentnemu tetrykowi, co takiego nienormalnego dzieje się w świdnickim magistracie. A jeśli jest to niemożliwe, to domagam się zaprzestania robienia mi wody z mózgu. Już wystarczy, by takie eksperymenty robili na mnie i nie tylko, inni miejscowi kreatorzy wizerunków z Partii Miłości. Codziennie egzaminują mnie z logiki i sprawdzają, czy już doszczętnie zidiociałem i zacząłem ufać im bez reszty. Kiedyś pisałem, że mam sentyment do Lewicy i pana Adama. I na wspomnienie tego intymnego wyznania proszę o oszczędzanie mnie. Proszę także innego prominentnego działacza lewej strony sceny, zasłużonego radnego i samorządowca, który miał „rozjaśniać”, co ciemne o większą jasność, tego, co pisze. Przyznam, że czasami mam problem z rozszyfrowaniem tego, co Murdzek „kombinuje” w Toruniu (może chce sprawdzić do Świdnicy pomnik Kopernika, ostatecznie facet już tu bywał, bo niejakie Pszenno zwane w przeszłości Weizenrodau było wsią rodową jego matki), czy zamykanie parku Centralnego na klucz „Łucznik” jest lepsze niż na „Gerdę”. Gdybym tam miał wszystko wyłożone, jak przysłowiowej krowie na rowie, to już był bym spokojniejszy. A tymczasem czytam próżne apele, deklaracji czy inne odezwy i nie bardzo potrafię odnaleźć się w tym gąszczu.
Będziemy prowadzić skromną kampanię, bez medialnych show. Nie trzeba wydawać tysięcy złotych, by wygrać. Trzeba iść do człowieka, umieć go słuchać, umieć się pochylić. To daje wiedzę o faktycznych problemach mieszkańców” – podkreślał Janusz Solecki, członek Zarządu władz miejskich SLD, radny od 1994 roku.” I to chyba rozumiem. Mało pieniędzy (partie na kampanię dostają szmal z budżetu nadal, choć Partia Miłości zapowiadał, że to zmieni) efekt zwycięstwa – super perspektywa. Ta druga część już mniej przemawia do mnie.
Skoro pan radny, 16 lat zasiada w radzie miejskiej to już tyle razy mógł „pochylić się nad człowiekiem”, że poznał jego problemy. Po co znów iść do Niego (owego człowieka z cytowanej wypowiedzi). Może lepiej nie pochylać się i nie męczyć Go swoją „finezją językową”. Lepiej powiedzieć coś konkretnego niż jak świstak z reklamy zwijać w sreberka odkrywcze myśli, które niewiele znaczą.

Comments

comments