Od rana siedzi mi w głowie ten “boski” przebój mojej młodości. Pewnie, dlatego, że dowiedziałem się o śmierci faceta, dzięki, któremu on powstał. Zmarł Ray Manzarek. Ciekawe, kto pamięta o tym, że w 1965 roku, razem z Jimem Morrisonem, Johnem Densmore’em i Robbym Kriegerem założył zespół The Doors. Jeden z najważniejszych, rockowych zespołów w historii, który zrewolucjonizował ten gatunek muzyki, a także odcisnął swoje piętno na psychodelicznym rocku lat ’60-tych. Pamięta jak mnie zatkało, gdy usłyszałem u mojego kolegi, który wrócił właśnie z Krakowa (był rok 1976) płytę L.A. Woman. To było jak uderzenie młotkiem w głowę.
Kiedy dwa lata później udało mi się wyjechać do Kopenhagi od razu pobiegłem do wielkiego sklepu płytowego kupić coś The Doors. Trafiłem na jeszcze cieplutką płytę studyjną An American Prayer. Muzyka na niej została dogrywana do zapisów poezji z 1970 roku nieżyjącego Jima Morrisona. Słuchałem jej aż do zdarcia. The Doors to byli goście. Kto to jeszcze pamięta? A Manzarek był świetnym klawiszowcem. Na dodatek miał polskie pochodzenie i naprawdę nazywał się Raymond Daniel Manczarek, Jr., a jego mama miała na imię Helena. Kariera zespołu był burzliwa i krótkotrwała. Do dzisiaj ich muzyka siedzi w mojej głowie. I choć nie odwiedziłem w Paryżu grobu Morrisona, to dzisiaj na wieść o śmierci 74 – letniego Manzarka musiałem coś napisać o tym, co było mi kiedyś, i jest wciąż, bliskie.

Comments

comments