I nieuchronnie dożyłem 33. rocznicy stanu wojennego. To już jutro. I dobrze, bo gdyby było to dzisiaj, w piątek, to wyznawcy pecha i czarnego kota mieliby się z pyszna. A tak…
W rocznicową sobotę trzeba będzie „załatwić” przedświąteczne zakupy. By jednak choć trochę dać wyraz pamięci, zadzwoniłem przed chwilą do Jacka, mojego sprawdzonego przyjaciela, z którym mamy podobny punkt widzenia na wiele spraw i od czasu do czasu wzajemnie się tonujemy w emocjonalnym rozpasaniu. Jacek Sługocki to mój bohater tamtych wojennych czasów.

Znam go od blisko 40 lat i cenię za to, że zawsze był i wciąż jest sobą. I wtedy, gdy odwiedzałem go w nyskim więzieniu, w którym internowano aktywnych członków „Solidarności”. I w nyskim szpitalu, do którego go przewieziono po rozpoczęciu głodówki. Nigdy nie tworzył wokół siebie mitu kombatanta. Z niesmakiem wręcz przyglądał się licznym korowodom tych, który ze styropianu robili sobie trampolinę do doczesnych karier. Ta jego charakterystyczna skromność była dla mnie Jackowym herbem.
Znałem wielu ówczesnych „bojowników” i o wielu pamiętam do dzisiaj. O Jadzi Kowalskiej, mojej szkolnej i późniejszej przyjaciółce, która zginęła tragicznie w Niemczech. O Helenie Stefanickiej, o Robercie Biedce, o Zdzichu Kluczyńskim i innych. Nie wszyscy z nich byli internowani. Ale swoją postawą i tym, co robili, wpisali się w moją pamięć. Byli skromni i nie pchali się do pierwszych szeregów, jak inni, którzy dzisiaj obsługują okolicznościowe akademie. Ale tak to w życiu bywa.
Kiedy dzisiaj dzwoniłem do Jacka i pytałem, czy jutro wbije się w garnitur i wepnie w klapę opornik – uśmiał się setnie. Powiedział, że jutro odwiedzi Jankę, swoją żonę, w szpitalu i będzie cieszył się z nią z tego, że czuje się coraz lepiej. Bo to jest dzisiaj dla niego najważniejsze. A ja? Jestem z Wami – Sługoccy, bo zawsze byliście mi bliscy.

Comments

comments