Refleksyjność dzisiejszego dnia nie podlega żadnej dyskusji. Pewnie dla ludzi z mojej półki, bo młodzież rządzi się zdecydowanie innymi prawami. Żyją tu i teraz, niespecjalnie oglądając się za siebie. To wszystko przychodzi z czasem i siwymi włosami na skroniach. Tak jest i …już. Moje dzisiejsze pisanie chciałbym poświęci Jackowi Łapaczowi. Człowiekowi, który zaznaczył swój świdnicki byt na początku nowej demokracji, którą dane było nam kosztować od pamiętnego roku 1989. Ale nasza znajomość miała znacznie głębsze korzenie. Byliśmy prawie rówieśnikami. W czasie zaliczania szkoły średniej Jacek „chadzał” do Mechanika zaś ja do Drugiego. Najpierw spotkaliśmy się na dodatkowych zajęciach z matematyki, które prowadził prof. Leszek Stefański w roku naszej matury. Jacek przychodził do nas. Potem drugi raz natknęliśmy się na siebie przy kupnie nowej pary Lewisów. Tata Jacka pracował dość często na budowach ŚFUP-owskich zagranicą. No i przywoził poszukiwane wówczas ciuchy. Byłem wówczas u nich w domu, gdzieś opodal dawnego Młyna. Później jakoś rozminęliśmy się i dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych znów zbliżyliśmy się. Jacek włączył się w budowanie nowego samorządu. Jak wspominał kilka miesięcy temu portal swidnica24 – „16 czerwca1990 roku stanowisko prezydenta Świdnicy objął 32-letni Jacek Drobny. Na zastępcę prezydenta 25 czerwca radni wybrali Jacka Łapacza.
Takie były początki świdnickiej lokalnej demokracji.” Jacek był architektem z wykształcenia. Wiceprezydentem był dość krótko. Ale dal się poznać jako uczciwy człowiek. Kompetentny samorządowiec, z wizją rozwoju miasta i prawdziwy fachowiec, który mógł dobrze służyć mieszkańcom i miastu. Niestety zginał dwa lata po wyborach, nie sprawując już wówczas funkcji wiceprezydenta miasta. Pamiętam, kiedy wracałem z wrocławskiego lotniska kilka minut przed godziną 16 i mijałem na Partynicach karetkę pogotowia na sygnale. Wiozła Jacka. I kilkanaście minut później zobaczyłem na zakręcie drogi za Mirosławicami jego czerwonego Fiata 125p. Leżał rozbity na brzegu lasku. Niestety Jacek nie przeżył tego wypadku. Zginął, pozostawiając żonę Marzenę i dwóch synów. To był wielki dramat dla najbliższych i wszystkich tych, którzy Go znali. Ilekroć przejeżdżam w tym miejscu przypomina mi się Jacek. Świetny facet, w pełni twórczych możliwości i samorządowiec, który dla nie jednego mógłby być przykładem.

Comments

comments