Przełom roku mamy już za sobą. Pewnie także pierwsze militarne kampanie, o wcale nie militarne, zwykłe codzienne sprawy. Mam na myśli „heroiczne” zmagania o obwodnicę miasta. Tę południową, o której słyszałem już „za dzieciaka”.
W listopadzie wygrzebano ją na wyborcze potrzeby. Jeszcze za kadencji panującego Wojciecha. W następnym miesiącu, już były prezydent, znów o niej przypomniał i rzucił hasło społecznego ruchu na rzecz poparcia. Załapali się na to wszyscy, którzy znaleźli w tym szansę zaistnienia. Choć nikt nie zwolnił ich nigdy z obowiązku lobbowania na rzecz miasta. No i zaczęła się walka.

Od dawien dawna źle działa na mnie wszelka frazeologia militarna. Może, dlatego, że z wszystkiego, co wojskowe lubię tylko przygody Dzielnego Wojaka Szwejka i chłopaków z M.A.S.H. (skrót od angielskiego Mobile Army Surgical Hospital – Mobilny Wojskowy Szpital Chirurgiczny) – amerykański film fabularny z1970 roku w reżyserii Roberta Altmana). Dziwne, że w naszej przestrzeni publicznej wykorzystuje się wojskowy słowotok bardzo często.
Nie inaczej było i w przypadku wspomnianej obwodnicy. Dzięki „heroizmowi” wprzęgniętych w walkę zebrano ponad trzy tysiące podpisów. Odtrąbiono na konferencji prasowej(dziwne, że przed urzędem a nie na „polu walki”, czyli przyszłej obwodnicy) wyjazd Wawy z ową listą wsparcia. I w zasadzie na tym koniec. Pojawiły się jeszcze jakieś zdjęcia z wystąpienia „bojowników”, którzy przekonywali Centralę, że cel jest słuszny a droga właściwa. Czy jednak, aby?
Wg mnie krajowa 35, która miałby stanowić integralną część owej obwodnicy to już nie ta sam droga, co wtedy, gdy rodził się pomysł południowego objazdu Świdnicy. Ruch na niej zmalał i stała się w miarę bezpieczną drogą, za sprawą omijającą ją tzw. TIR-ów. Nie pojawiają się na jej poboczach nowe krzyże. I to jest prawdziwy sukces. Pamiętam czasy, gdy była to niemal droga śmierci.
Sytuacja zmieniła się po wybudowaniu tzw. „worsówki” – łącznika z autostradą. Teraz tam czai się zagrożenie. Wystarczy uważnie śledzić informacje zamieszczane na lokalnych portalach. Co z tego wynika? Może to, że w Centrali mogą nie wzruszyć się trzema tysiącami podpisów i cała „wojenna” para pójdzie tylko w gwizdek.
Podobnie jest z walką o przekazanie powiatowych szkół samorządowi Świebodzic. Tylko naiwny mógł przypuszczać, że „powiatowi” oddadzą źródło jednego z podstawowych swojego utrzymania. Powiat nie ma prawie żadnych dochodów własnych. Żyje z tego, co dostanie z budżetu centralnego na wykonanie zleconym mu zdań. I oświata jest jednym z nich. Pieniądze na nią, zwane subwencją to spokojna głowa urzędników, że będą mieli nie tylko pracę, ale i płacę. Kto racjonalnie myślący podejrzewał, że powiatowi bez szemrania „łykną” ten pomysł i będą podcinać gałąź, na której spokojnie siedzą?

Comments

comments