Z całą pewnością nie starzeję się, ani nie jestem stetryczałym ramolem. Zdecydowałem się na to wyzwanie dramatyczne w obliczu masowego wysypu tzw. pracowniczo – korporacyjno – urzędniczych opłatków. Tej nowej mody szerzącej się od pewnego czasu i szargającej starą tradycję rodzinnego łamania się opłatkiem w domu, wśród najbliższych. Była to i jest dla mnie jedna z najbardziej intymnych chwil, kiedy biały kawałek cieniutkiego ciasta to coś więcej niż artykuł spożywczy do zjedzenia, przy którym odklepuje się banalne słowa kolegom z pracy. Tak dla mnie moment łamania się opłatkiem to sacrum, jedyne w całym roku. Dlatego tak go bronię. Mierzi mnie profanowanie tej chwili w imię nie wiem nawet, czego. Wigilia i opłatek ma swój dokładny czas – 24 grudnia, wraz z przyjściem pierwszej gwiazdki. A nie 20, 21, czy 28 grudnia. Ta chwila w domu to szczególny moment. Wspominania, wzruszeń i nie wyobrażam sobie tej refleksji w obecności pana Zdzicha z zaopatrzenia, czy pani Wiesi z księgowości. Nie ujmując im niczego. Bo praca to praca, a dom to dom. Tak zostałem ukształtowany i dobrze mi z tym wciąż. Ale jeśli ktoś ma inne zdanie i lubi takie pseudo świąteczne show, to jego sprawa.

Comments

comments