Czas upływa nieubłaganie. Rok temu było lekko mroźnie i znacznie więcej śniegu. Nawet nie więcej. Śnieg był po prostu. I ten poranny telefon w sobotę. Krzysiek nie żyje!!! Wiadomość, jak grom z nieba. Niezapowiadana, okrutna, przenikająca bez reszty. Nie znoszę takich wieści. Posłańców z takimi likwidowano w starożytności. I choć nic to nie dało, ból był i trwa nadal. Może mniejszy, bo jak zwykle czas leczy rany, to jest. Jak numer do Jego telefonu komórkowego, którego nadal nie wykasowałem i nie wykasuję. Kiedyś w chwili smutku, korciło mnie by wcisnąć zieloną słuchawkę, ale …. Zrezygnowałem.

Nadal chcę by Krzysiek pozostał w mojej pamięci takim, jaki był. Świetnego kumpla, dobrego człowieka i pełnego szalonych pomysłów faceta czynu. Był zbyt wyrazisty i jednoznaczny, by gdzieś zaplątał się w niebyt. Za blisko było mi do Niego i tego, co reprezentował. Po raz kolejny potwierdza się moje głębokie przekonanie, że puste miejsca po niektórych osobach pozostaną już zawsze puste. Są ludzie niezastąpieni i pogodzenie się z ich odejściem, to tak naprawdę zaakceptowanie w sobie tych „dziur” po nich. Widać Stwórcy także podobają się ludzi wybitni i nietuzinkowi. I chce ich mieć u siebie, jak najszybciej. Szkoda, ogromna szkoda. Zaważywszy, że tyle pospolitych miernot dookoła. Potwierdza się także, że pamięć o zmarłych jest silniejsza niż śmierć. Bo nie sądzę, żebym mógł o Krzyśku kiedykolwiek zapomnieć.

Comments

comments