Jak przystało na ostatnie dni przedświąteczne ruszyła akcja sporządzania pasztetu. Niezawodny tata NN ustrzelił „żyrafę” (czytaj: sarenkę) i mamy zasadniczy element bożonarodzeniowej potrawy. A że jest on nieco skomplikowany technologicznie, to trzeba się do niego zabrać kilka dni wcześniej. Właśnie obrałem warzywa i warzenie czas zacząć. Nie ma chyba nic przyjemniejszego, bo za oknem słonecznie i raczej wiosennie, a na świecie słychać tylko płacz Północnych Koreańczyków. Biedny to naród i na razie nic nie wskazuje na to, by po odejściu Wodza cokolwiek się tam zmieniło. Wczoraj straszył nas z ekranu nasz rodzimy Wódz. Ten oczywiście przyszłym rokiem i kryzysem. Tak to już jest, że zawsze trzeba mieć jakiegoś złowieszczego biesa na uwięzi, by wyciągać go, co jakiś czas. A tymczasem żyć trzeba i pasztetem zajmować też, bo za chwilę Wigilia, później Nowy Rok i tak w kółko.

Comments

comments