Moje uwielbienie do domowego rosołu ociera się z lekka o pewien rodzaj perwersji. Ale kudy mi do tego, co można osiągnąć jedną wizytą w hiszpańskim lokalu El Bulli. Nawet taką telewizyjną. To coś tak niesamowitego, że od kilku godzin po prostu nie mogę dojść od siebie. Ale po kolei. El Bulli to restauracja, choć moim zdaniem, powinna się nazywać galerią smaków. Szef jej kuchni Ferran Adria jest raczej twórcą kompozycji smakowych o niesamowitych połączeniach niż specjalistą od paelli, czy nawet golonki po bawarsku. Uhonorowana 3 gwiazdkami przez Przewodnik Michelin. Znajduje się ona w Roses, na Costa Brava w Hiszpanii. W restauracji podawana jest kuchnia molekularna. Jest to niewielka restauracja z widokiem na zatokę, ale została określona, jako „obdarzony największą wyobraźnią twórca haute cuisine na tej planecie otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Na kwiecień 2008 roku, restauracja zatrudniała 42 kucharzy. Teren pod restaurację El Bulli został wyznaczony w 1961 roku przez Niemca, dr Hansa Schillinga, i jego żonę, którzy chcieli zbudować restaurację na ziemi, którą niewiele wcześniej zakupili. Nazwa „El Bulli” pochodzi od francuskich buldogów będących własnością Schillingów.

Szef kuchni El Bulli przemienił gotowanie w dzieło sztuki. Lokal otwarty jest zaledwie sześć miesięcy w roku, a przez kolejne sześć grupa ekspertów pracuje nad stworzeniem nowej karty menu. W jej skład wchodzi 30 dań, które są wynikiem eksperymentu ze strukturą i formą potraw, ich estetycznym wyglądem na talerzu, ich przygotowaniem, a także z otaczającą je przestrzenią. Gotowanie za pomocą ciekłego azotanu to jedna z wielu niekonwencjonalnych metod, stosowanych w tym miejscu. Eksperymentalne dania mają wyrafinowane nazwy, takie jak: parmezanowy kryształ czy zanikające ravioli. Tak, jak inne potrawy, tak i te były dziełem przypadku. Gdy jeden z ekspertów wyłowił sześcian lodu ze szklanki coli i zanurzył go w sosie na talerzu, wpadł na pomysł stworzenia dania z sześcianów lodu. Z kolei inny zmiksował olej z wodą i stworzył koktajl, który zostawia delikatny posmak na ustach. El Bulli to jednak nie tylko wyjątkowa karta menu lecz również szczególnego rodzaju postawa wobec jedzenia. Oprócz perfekcji smaku i doskonałej, jakości jedzenia, chodzi tu również o empatię, o odczuwanie potraw, o ich doświadczanie w sobie. A wszystko odbywa się zgodnie z obwiązującym tu mottem: im dziwniej tym lepiej. Obejrzeliśmy film o El Bulli i z pewnym westchnieniem moja NN stwierdziła, że stopień snobizmu u niektórych jest tak wysoki, że przewyższa Himalaje.

Comments

comments