Krótkie te święta, ale jakie miłe rodzinne. Tegoroczne były wyjątkowo spokojne. Bez śniegu straciły sporo na uroku, ale skoro mamy kryzys to i „białe” stało się reglamentowane. Udało mi się przez jeden dzień nie „odpalać” kompa i jakoś … wytrzymałem bez ataku duszności. Za to świętowanie z najbliższymi – sama przyjemność. Nieśpiesznie, bez poganiania, obowiązków i tak, jak lubimy. Można poczytać coś, co znalazło się pod choinką. Porozmawiać, a nawet obiecywać sobie partyjkę scrabbli. Obiecywać, bo ostatecznie na tym pozostało. Może zabrakło determinacji, a może kogoś, kto by trzasną ręką w stół pełen jadał i krzyknął – Dość żarcie! Ale wytrzymaliśmy te trzy dni, nie wzywając nawet karetki pogotowia z powodu groźnej niestrawności. Oby do następnych.

Comments

comments