Czasami trudno nie otrzeć się o patos, gdy coś chce się napisać o 11 listopada. Każdy Polak wie, że to wielkie święto odzyskania niepodległości! Gdy zastanawiałem się, czym jest dla mnie, przypominam sobie pewien fragment historii mojej rodziny. Przecież to losy wszystkich polskich rodzin tworzą nasze dziedzictwo i pamięć. Im się jest starszym, tym częściej poszukuje się swoich korzeni i oddaje refleksji o tym, co za nami.
Moja rodzina ze strony ojca osiadła od wieków w Wielkopolsce. Zawsze mocno związani i z ziemią, i z ludźmi, i ze swoją polskością. Pradziadek był dyrektorem gimnazjum i angażował się przekazywanie wszystkiego, co narodowe. Wówczas, gdy o państwie polskim można było jedynie marzyć. Więcej wiem o losach mojego dziadka. Gdy kończyła się I wojna światowa i przyszło walczyć o swoje państwo, On poszedł do powstania. Walczył w Powstaniu Wielkopolskim. Jedynym zrywie niepodległościowym, który zakończył się sukcesem.
I od tej pory związał się z armią i Marszałkiem. Kilka lat później na jego apel przeniósł się na Kresy, gdzie służył w Korpusie Ochrony Pogranicza. Była to formacja wojskowa czasu pokoju utworzona w 1924 do ochrony wschodniej granicy II Rzeczypospolitej przed penetracją agentów, terrorystów i zwartych uzbrojonych oddziałów dywersyjnych przerzucanych przez sowieckie służby specjalne z terenu ZSRR na terytorium II Rzeczypospolitej. KOP składał się z wyborowych jednostek o pełnych stanach etatowych. Żołnierze byli specjalnie dobierani, pochodzili głównie z województw zachodnich. Przed wcieleniem do KOP-u odbywali przeszkolenie w jednostkach liniowych.
W 1928 ogólna długość granicy państwowej ochranianej przez Korpus wynosiła ponad 2334 km. Na 1 km ochranianej granicy średnio przypadało około 11 żołnierzy. KOP liczył blisko 25 tysięcy żołnierzy i oficerów. Żołnierze Korpusu ochraniali granice poprzez system posterunków, patroli, zasadzek, obław oraz pracę wywiadowczą. Mój dziadek służył w Pierwszej Brygadzie KOP na Wołyniu. Była tam spora część rodziny. Jakoś wszyscy mieli sentyment do munduru i Marszałka. Na Kresach założył rodzinę i tam też urodził się mój ojciec. Zawsze z sentymentem wspominał ten czas, gdy jeszcze żył. Gdy można był tam jechać, bez specjalnych przeszkód w latach dziewięćdziesiątych zafundowałem Mu taką podróż wspomnień. Ale wracając do Dziadka – nastał wrzesień 1939 roku. Był wówczas „płatnikiem” w swojej jednostce. Wracał z kasą z Krakowa, gdy rozpoczęła się wojna. Po 17 września dostał się do sowieckiej niewoli. Na szczęście dzięki zaradności jednej z jego szwagierek udało mu się z niej zbiec. Resztę wojny spędził na Kresach. Zmarł też tam w styczniu 1945 roku. Cmentarz, na którym go pochowano dawno został zamieniony w park. Rodzina w ramach repatriacji wróciła do Polski. Rozproszyli się po całym Dolnym Śląsku. Tych starszych jest coraz mniej. Młodzi czasami są ciekawi swoich przodków, ale najczęściej pędzą do przodu nie oglądając się za siebie. Ot zwykła historia, jakich wiele. Każdy mógłby ją sobie opowiedzieć. I pewnie czasami przychodzi taki dzień na opowiadanie. Taki, jak 11 listopada. I może niech będzie to hołd złożony nie tylko polskim bohaterom, których były tysiące i tysiące jeszcze się pojawią. Wielu z nich pozostawało latami poza nawiasem historii, choć wszyscy zasłużyli się polskiej niepodległości, której 92-lecie świętujemy. Ale nie chodzi tu tylko o przeszłość. Kolejne rozdziały tego dzieła mogą się stać także naszym udziałem.

Comments

comments