Jeszcze kilka godzin starego roku i mamy nowe. Wg wszelkich zapowiedzi trudne, bo kryzysowe. Sportowe, bo z Euro 2012. Inne, bo niewiadome. Moje, tetrykowe wkraczanie w kolejny rok ma też coś z przekraczania Rubikonu. Na kilka dni przed świętami podjąłem ważną decyzję. Od maja 2012 moja NN traci swój status i przyjmuje nowy – UM (Ukochanej Małżonki). Dojrzałem do tego i jeśli na świecie pełnym miłośników związków na kota łapę ma być coś świętego i trwałego, to jest tym właśnie instytucja małżeństwa. Najprzyjemniejsze są teraz przygotowania i cała ta ślubna logistyka. Wiele w tym zabawy i czasami sprzeczek. Jakie obrączki? Dwie, czy jedna, bo ja z reguły nie nosiłem do tej pory? A ilu gości i kto? A czym pojechać? Tramwajem, czy może cadillakiem? A jaki kompot po obiedzie – z rabarbaru, czy jabłek? Po prostu „jaja” logistyczne. Ale miłe. Tyle z prywaty. A ogólnonarodowo i lokalnie – jakoś mało mnie to dzisiaj obchodzi. Po prostu nie mam głowy, gdy słonce grzeje jak w marcu, a na nieodległym skwerku forsycje wypuszczają nieśmiało małe kwiatki. Miejmy nadzieję jednak, że natura z głową będzie funkcjonować także w nowym roku. I na koniec życzę, podobnie, jak przed świętami wszystkim Czytelnikom moich „wypocin” uśmiechu, zdrowia i … słońca, nie tylko w kieszeni. Do siego roku!

Comments

comments