Podróże kształcą. Moja współpasażerka z cotygodniowych ekskursji do rodzinnego grodu opowiadał mi dzisiaj ciekawą historię. Rodem z nieodległego Peerelu. Jako właścicielka jednego z miejscowych sklepów z tzw. metrażem (ciekawe, kto z młodzieży wie, czym handluje się w takich sklepach?) musi wypełniać obowiązki nałożone na prywatnego handlowca. Obowiązki, które za nic się mają do tzw. wolnego handlu, a raczej przypominają okres, np. bitwy o handel z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Każdego roku, na jego koniec musi zawiadamiać urzędników w magistracie, że chce zamknąć na dzień swój prywatny dzień by przeprowadzić roczną inwentaryzację zwaną m.in. remanentem, inwenturą etc. Tak! Musi napisać pismo i zanieść je do wydziału handlu świdnickiego magistratu, w którym obwieszcza, co wyżej. Po co? Nie wiem. Zapytałem rano o to urzędowego rzecznika prasowego, ale przygnieciony robotą sesyjną nie miała czasu mi odpowiedzieć. I nadal zastanawiam się na tym bezsensem. Bo, że takiej informacji może żądać urząd skarbowy – to rozumiem. Choć może nie do końca. Skoro nałożono na handel taki obowiązek, to trzeba kiedyś go wypełnić. Mimo, że wszystko kontroluje kasa fiskalna, książka przychodów i rozchodów, księgowa, czy inny wynalazek. Trzeba było inwenturę robić za „komuny”, to i trzeba teraz. Ale, po jaki gwint urzędnikom w magistracie wiedza na ten temat? Może po to by się czymś zajmowali. Kiedyś podobno trzeba było tę informację podeprzeć jeszcze jakąś opłatą. Przyznam, że nie dziwię się skąd w budżecie na 2012 roku kwota 18 mln zł w dziale koszty utrzymania administracji. Jak się ma tylu żołnierzy, to trzeba ich utrzymać.

Comments

comments