Sporym sentymentem darzę filmy historyczne. Może przez to, że zawsze pociągało mnie spoglądanie w tył i dociekanie, jak to kiedyś żyli ludzie. Ostatnio, z moją NŻ, dane nam było obejrzenie „Kochanka królowej”. Duński melodramat historyczny z roku 2012. Na berlińskim festiwalu filmowym  Mikkel Følsgaard (odtwórca w nim głównej roli)  otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora. Film został wyselekcjonowany jako oficjalny kandydat Danii do Oscara za najlepszy film nie anglojęzyczny i uzyskał nominację amerykańskich filmowców.
Historia, która opowiada dotyczy domniemanego romansu królowej Karoliny Matyldy z nadwornym medykiem jej męża, króla Christiana, niemieckim lekarzem i ministrem Johannem Friedrichem Struensee. Ów światły człowiek wykorzystywał słabość króla i za pomocą odpowiednich dekretów uzyskał olbrzymie wpływy w Danii. W dekretach i ustawach stosował idee oświeceniowe. Oczywiście rozwścieczył tym szlachtę, która z pomocą królowej-matki Juliany, obalili go w 1772 roku. Po ścięciu Niemca i wygnaniu królowej Dania cofnęła się w swoim rozwoju do czasów średniowiecza. Dopiero, wiele lat później, gdy na tronie zasiadł Fryderyk VI do kraju zaczęło wracać oświecenie. Oglądałem ten film, nie bez gorzkiej refleksji. Bo jak inaczej odczytać krążące w mediach informacje o deklaracjach wiary, które mieliby jakoby składać lekarze. Oczywiście Internet aż huczy od komentarzy i cierpkich uwag. Mój domowy lekarz, czyli moja NŻ, zazwyczaj spokojna i zrównoważona, na takie wieści przypaliła swój ukochany krupnik i stwierdziła, że chce zostać sprzątaczką. Ona nie chce na swojej tabliczce niczego wieszać i podpisywać się pod żadną deklaracją. Wystarczyła nam ostatnio deklaracja o segregacji odpadów. Wg niej Przysięga Hipokratesa to w pewnym sensie dogmat, czyli wartość, z którą się nie dyskutuje, ani nie podważa. A bycie lekarzem to bycie ponad podziałami, wyznaniem, religią, polityką, czy obojętnie czym.
P.S. Rysunek pochodzi z portalu badanieopinii.pl.

Comments

comments