No i stało się. Od rana, a nawet jeszcze w nocy, zawitały pierwsze jesienne mgły. Bez deszczu, ale z dość dużą wilgotnością powietrza. Na tyle sporą, że stojąc na przystanku wydawało mi się, że coś pada mi na głowę. Na szczęście nie był to opróżniający się w locie ptak, a chyba krople wody z gałęzi rosnącego opodal drzewa. Niby święto demokracji, ale aura miała to gdzieś. Gdybym nie musiał, to pewnie nie wyszedłby z domu. No, ale obowiązek obowiązkiem. W domu nikt poza mną, jakoś nie kwapił się do zagłosowania. Młodzież ma to wszystko gdzieś i żyje swoimi sprawami. Nawet nie chce mi się jej tłumaczyć, czemu to wszystko służy i co z czegoś wynika. Trudno, chyba życie znów stanie się najskuteczniejszą szkołą. Pozostała część rodziny ma politykę po dziurki w nosie. Z przekąsem uważa, że stała się ofiarą ponad miesięcznego „prania mózgu” i za nic nie przyłoży do tego, co dzisiaj ręki. Może, jak czas wyciszy emocje, coś się zmieni. Ale dzisiaj, zdaniem tej części domowników, najlepszym wyjściem na poprawę nastroju jest zupa dyniowa oraz rogaliki drożdżowe z kapustą i grzybami. Żadne tam wybory, głosowania i cokolwiek, do czego niezbędne jest wyjście z domu. No i masz babo placek.
Tetryk został sam w polu. Trudno wytrzymam. I jak postanowiłem tak też zrobiłem. Poszedłem i połączyłem – młodość z rutyną. To, co znałem, z czymś jeszcze niesprawdzony.
Najważniejsze, że to, co zrobiłem wynikło z mojego zaufania do nieobcych mi ludzi.
Bo, jak nawalą to będę wiedział, dom, kogo mieć pretensje.

Comments

comments