Tydzień przedwigilijny zacząłem w moim rodzinnym grodzie. Oczywiście od wypicia ostatniej kawy w G44. I pewnie byłaby to smakowita i kontemplacyjna latte, gdyby nie dokuczliwy pomruk maszynerii napędzającej jakiś świąteczny koszmar pt. świdnicka szopka. W zasadzie opisując to zjawiskowe „coś” chyba należało użyć określenia Szopa Wazeliny. Przykład podlizywania się urzędnikom bez względu na to, kto trzyma ster. Tak to już jest w tych relacjach magistrat – podległe mu instytucje. Zapomina się o smaku i wrażliwości estetycznej. Jakieś urzędowe postacie koszmarki, a między nimi cudaczne fota radnych miejskich w anielskich dekoracjach. Obciach i siara na całego, jak mawiają dzieciaki na mojej dzielni. Aż chciałoby się zawyć – dawać autora tej wazeliny!

Na szczęście w pewnej chwili pojawił się „Pan Leszek od Szopy” i toto wyłączył. I znów było miło i sympatycznie, jak zwykle w G44. Gawędziliśmy sobie dalej z moim zacnym znajomym obsmarowując, jak przystało na dojrzałych plotkarzy, wszystkich dookoła. Oczywiście w szczególności nową władzę. Nie będzie żadnych szczegółów, bo po pierwsze i ostatnie, mamy dzisiaj Dzień Bez Przeklinania. Nie omieszkaliśmy oczywiście zlustrować jarmarkowych straganów, które „skąpane” w grudniowym słońcu jakoś nie budują w Rynku świątecznego nastroju. Może wieczorem, gdy zabłysną światła, czuć nastrój? W dzień nie tworzą go nawet zawodzący z głośników kolędnicy. Tak to bywa z kreowaniem starej – nowej jarmarkowej tradycji.
Podobnie jest w tzw. lokalnym życiu polityczno-samorządowym. Przyszło nowe, ale metody na wejściu są stare i sprawdzone. Nieśpieszne przechwytywanie wszystkiego, co się da, w myśl odwiecznej zasady TKM to dowód na to, że nowa władza nadal żyje w zwycięskim szoku. Dochodzi jeszcze do tego dramatycznie krótka ławka (a nawet ławeczka) sprawdzonych fachowców – towarzyszy. Pewnie potrwa to jeszcze jakiś czas. Ale już dzisiaj, tzn. wczoraj, władza „schrupała”, pierwszy słoik konfitur, czyli wysokość pensji Szanownej Pani Prezydent. I jak można było się spodziewać, zaczęto od stawki maksimum. A jak! Nie ma czasu na sentymenty i kreowanie się na pokorne, nieznające swojej wartości „cielę”. W magistracie wiedzą, że mają Superwładzę, która jak dostanie swoje, to nie zapomni. Tylko naiwni mogli liczyć na inny scenariusz. Choć przyznam, że nie bez wzruszenia przyjąłem „ostrożność” przewodniczącego rady przedstawiającego uchwałę o wysokości pensji Naczelnej Magistrackiej Damy. Pewnie nikt nie zwrócił na to uwagi, ale autor projektu zostawił sobie bezpieczną furtkę w postaci 35,50 zł. Tyle brakuje do tego, by wynagrodzenie Naczelnej Damy było maksymalne w rozumieniu odpowiedniej ustawy. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by na następnej sesji nie naprawić tego błędu.
Pojawiła się także nowa opłatkowa tradycja. Nie ma już fioletów, fety i całej chmary czołobitnych „łamaczy”. Wczorajsze sesyjne łamanie było, jak w „Misiu”. Ktoś przypadkowo przechodził z opłatkiem koło urzędu i wstąpił na chwilę. I się połamali. Tak szczerze i naturalnie.
p.s. Foto pochodzi z portalu doba.pl

Comments

comments