W „Piaście” były zawsze niezłe dancingi, kelner Franek, klepiący przechodzące dzieweczki zwiniętą gazetą i zupełnie przyzwoite placki po węgiersku. Ale teraz nadszedł czas debatowania, czyli popychania bzdetów kijkiem i zacny lokal zmieniono w „arenę” zapasów kandydatów na prezydenta miasta. Jakoś nie wierzyłem, że będą to interesujące dwie godziny do zagospodarowania i nie myliłem się. Podobnie, jak w przypadku marszałkowskiego panelu sprzed kilku dni o rozwoju upadłego kolejnictwa dolnośląskiego, ta debata niewiele wniosła. Poza jednym – już nie jest tajemnicą poliszynela, że kandydat Mariusz nie lubi wujka Krzysztofa – swojego towarzysza partyjnego. Nie omieszkała odnotować tego swidnica24.pl w relacji z tego wiekopomnego wydarzenia – „Jeden z widzów debaty, Sławomir Mazurek, przypomniał Mariuszowi Barcickiemu, że wśród kandydatów na radnych są aż trzy osoby o nazwisku Barcicki. Ten ripostował, że kandyduje także wujek Mazurka.
Całość była mało strawna, jak ocenia jeden z internautów wspomnianego portalu, nudna i „ociekała” amatorszczyzną. Ten brak profesjonalizmu podobno raził najbardziej. No cóż, nie mamy w mieście szołmenów na miarę pana Lisa, czy innego Wojewódzkiego. Ożywcze, co nieco zafundował oczekującym na atrakcje legendarny przywódca wrocławskiej Solidarności Władysław Frasyniuk, ale to było za mało, by rozgrzało atmosferę i pozwoliło na otwarcie się kandydatów na szefa świdnickiego magistratu. Sprawdzanie merytorycznego przygotowania w takich warunkach to najzwyklejsza pomyłka i jeśli ktoś myśli inaczej, to mało wie o budowaniu wizerunku politycznego przy takich okazjach. Było jak było. Każdy widział i słyszał, co chciał. Przeczytałem kilka relacji z tych dwóch godzin i jeszcze raz przekonałem się, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Jeden z znaczniejszych miejskich lewicowców prowadzący blog, o którym już kiedyś wspominałem , zachwycał się błyskotliwością ripost i dowcipem swojego partyjnego kolegi. Innych oceniał, jak oceniał. Jedno tylko pokrywało się w tych relacjach – opinia, że kandydaci – spadochroniarze, czyli nie świdniczanie mało wiedzieli o mieście i wypadli żenująco słabo. No cóż , można się było tego spodziewać. Jeszcze, co do emocji – jak twierdzi swidnica24.pl – „Najwięcej emocji wzbudziły dwa tematy, układy i budżet. „Co panowie sądzą o kumoterstwie w Świdnicy” – kij w mrowisko włożył radny SLD Janusz Solecki.”
Można dyskutować o tym czy był to kij, czy tylko najzwyklejsza wykałaczka w dziurawym zębie. Jedno jest pewne, że kumoterstwo, jak to wdzięcznie nazwał wspomniany pan, czy nepotyzm, a także klientelizm są zjawiskami starymi jak świat – „W starożytnym Rzymie klientelizm był jedną z charakterystycznych cech tamtejszego systemu społecznego i politycznego, choć bardzo trudno dokładnie scharakteryzować jego szczegółowe zasady. Patroni – z reguły zamożni patrycjusze, (ale nie tylko) – otaczali się gronem uboższych obywateli-klientów. Poparcie klientów podnosiło prestiż patrona i wzmacniało jego polityczne wpływy w Republice. Klienci w zamian otrzymywali ochronę i wsparcie ze strony potężnego „przyjaciela”. Układ pomiędzy patronem a klientem miał często charakter dziedziczny i był silnie zakorzeniony w tradycji rzymskiej, (choć nie w rzymskim prawie).
A w Polsce? – „W historii Polski podobne obyczaje rozprzestrzeniły się szczególnie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów (XVI-XVIII w.). W ówczesnym państwie szlacheckim rolę patronów odgrywało bogate możnowładztwo potrzebujące wsparcia politycznego szlachty podczas obrad sejmowych. Z drugiej strony ambitni przedstawiciele średniej szlachty potrzebowali poparcia ze strony możnowładców przy realizacji swoich karier politycznych. W ten sposób powstawały układy klientelistyczne pomiędzy ambitnym przywódcą lokalnej szlachty a miejscowym możnowładcą, który wspomagał karierę polityczną swojego klienta. Obok tych klientów magnaci otaczali się „dworem” klientów szlacheckich. Szlachta obdarzana przyjaźnią magnata odpłacała się wzmacniając pozycję patrona na sejmikach ziemskich i podnosząc jego prestiż.” Oba cytaty pochodzą z pracy Piotra Korysia i Macieja Tymińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. A jeśli mi czas i pamięć tetrykowa pozwoli to w najbliższym czasie przypomnę sobie, jak wyglądał ten problem, gdy dociekliwy radny zasiadał na magistrackim stołku zastępcy prezydenta. Dzisiaj po prostu nie chce mi się i wolę dalej kopać ogródek.

Comments

comments