Zima się kończy, a z nią era Jacka Domejki w Latawcu. Podobno nic nie jest wieczne, jak twierdził klasyk, poza miłością i ideałami. A dziesięć lat temu wydawało się, że i wspomniany na wstępie Dyrektor, może stać się stałym elementem świdnickiego krajobrazu. Był przebojowy, dzielny, wizjonerski i nieszablonowy. Zrobił to, co wielu nie potrafiło. A może im się nie chciało. Z przeciętnego powiatowego szpitala zrobił coś wyjątkowego i budzącego zachwyt. Wiem, bo bywałem przy Westerplatte jako pacjent, a w Latawcu jako rodzina pacjentów. Nawet przywożonych na leczenie z odległego i renomowanego Wrocławia. Nie było porównania, to było niebo a ziemia. Może czasami przeszkadzała niektórym jego „złotoustość” oracyjna, ale przecież nikt nie jest idealny. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie słabość do pewnego „Szaraka”. Któż nie lubi dziczyzny, a pasztetu z zająca szczególnie?! Przyszedł czas, gdy większość populacji „kicaków” gdzieś się zapodziała, ale ten Jeden Najważniejszy ostał się. I miał się chyba bardzo dobrze. Na szczęście, jak w starym powiedzeniu „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i …zajca”. Niestety, wiejącego wiatru zmian nie wyczuł mój ulubieniec, Dyrektor, i przepadł z kretesem. Przez swoje trwanie w „szarakowych okopach” naraził się wielu i na efekt długo nie trzeba było czekać. Pewnie, że szkoda. Ale nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny, jak twierdzi pewien czarodziej słowa z dalekiej Brazylii, niejaki Paulo Coelho. Sprawę Latawca mamy chyba pozamiataną, choć przy tej okazji nie mogę oprzeć się pewnej refleksji. Wśród wielu sugestii dotyczących „wpadek” wspominanego wyżej Dyrektora mówiło się o nierównościach płacowych w szpitalu. Przy tej okazji zazwyczaj szermowano argumentem „tych samych żołądków” mniej i więcej zarabiających. Znajomy ginekolog mojej NN (jeszcze!) mawiał w takich przypadkach, że owszem żołądki może takie same, ale głowy zupełnie różne. Na tym służbie zdrowia mówimy stop.
Jakiś czas temu zamontowano w świdnickim bruku efektowne granitowe, a może marmurowe tablice informacyjne w ramach projekty City, coś tam. Wyglądaj może ładnie, ale gdy przykrywał je jeszcze kilka dni temu śnieg albo teraz skropi je deszcz, stają się śliską pułapką dla niejednego przechodzącego w pobliżu. Opowiadała mi wczoraj moje koleżanka podróżniczka z trasy Wrocław – Świdnica, że sama solidnie „wyglebiła” na jednej takiej.. Na szczęście bez przykrych konsekwencji. Ale zna przypadki dotkliwych potłuczeń. Może pomysłodawcy owych informacyjnych „ślizgawek” zastanowili się nad tym problemem. Póki jeszcze jakaś ofiara poślizgu nie zażądała odszkodowania z powodu odniesionego uszczerbku na zdrowiu.

Comments

comments