Pewna internautka, ostatnio z godną zastanowienia konsekwencją, zwraca mi uwagę, że zachowuję się niczym ogarnięty manią schizofrenik. Przyznam, że ta niezwykła troskliwość o moje dobre samopoczucie wzruszyła mnie dogłębnie.

Odnoszę wrażenie, że moja fobia nie ma nic ze schizofrenii a raczej ma znamiona nerwicy natręctw. Jestem już widocznie starym człowiekiem i bliżej mi do tego, czego sam doznałem, dotknąłem i zasmakowałem niż do problemu mieczy świetlnych, którymi podobno powinienem się zająć. Mój starczy umysł jest w stanie rozważać problemy żywności modyfikowanej genetycznie, dziury ozonowej, czy zagrożenia lasów tropikalnych, ale ataki mutantów i gwiezdne wojny to dla mnie nadal bajki G. Lucasa a nie rzeczywistość.

Może mi po prostu smutno, że już coraz rzadziej mogę porozmawiać o przeczytanych książkach, że impresje z podróży różnych ludzi to adresy sklepów, w których można zrobić zakupy, a zachwyt nad zieloną trawą to dziwne majaczenia zdziecinniałego umysłu. Może jest mi smutno, że staram się nadążyć za tempem zmian i ciągle czuję się dwa kroki do tyłu. Ale czy muszę nadążyć?Nie wciskam swojego świata nikomu na siłę – jedynie proponuję, a że jestem w nim bardzo mocno osadzony, żadne zarzutu o schizofrenię mnie z niego nie wyeksmitują.

Piszę o różnych rzeczach z pełną świadomością, że już ktoś, kiedyś, gdzieś o nich napisał. Ale rzecz ma się podobnie, jak z fotografią – wszystko już było od płodów po parasole. Problem nie w tym, „co”, ale „jak”.

Comments

comments