Najpierw zdanie wyjaśnienia. Kilkudniowe milczenie to nie wynik wiosennego przesilenia, czy lenistwa a skutek wspominanej wcześniej hospitalizacji. A tam, w zamkniętej służbie zdrowia, o dostęp do sieci trudno. W zamian za to, można na własnej skórze, czy raczej organizmie sprawdzić jak działa wspomniana i oddać się refleksji, jak to dobrze, prawie zdrowym być. Prawie, bo kiedy dostajesz się w ręce specjalistów do endokrynologii, to jak nic, znajdą coś niepokojącego w twojej krwi. No i znaleźli. Na szczęście nic niezagrażającego życiu, ale lekko mną wstrząsnęli. Na tyle, by zmienić podejście do wielu przyjemności i odstawić je nieco na bok. Szpitalne wyłączenie sprawiło, że ominęła mnie przyjemność świętowania corocznych dni miasta. A że program nie powalał, to i przyjemności wiele nie straciłem. Za to nie uszła mojej uwadze ostatnia obywatelska dyskusja o reanimacji świdnickiego Rynku. Cóż temat wałkowany tutaj od kilku miesięcy, ale prócz pisania i gadania niewiele z niego wychodzi. Wszyscy jak zwykle oglądają się na władze, która jest winna takiego stanu rzeczy. Podobno. Ale kiedy rozmawiam z jedną z zaangażowanych w akcję osób i sugeruję jej pewne rozwiązania, to słyszę, że na bezpośrednie działanie mające wzruszyć rynkowy marazm, mało, kto ma ochotę. O to przecież, jak zwykle trzeba zaczęć od siebie. Może warto wyjść na ulicę i pokazać, że się tę przestrzeń tworzy? Może warto pokusić się o coś niekonwencjonalnego i przyciągającego uwagę. I była by to akcje nie jednorazowa, a ciągła. Taka, która zaistnieje w świadomości społecznej i pokaże, że Rynek to jest miejsce Świdniczan, a nie GŚ z jej tandetą i aspiracjami bycia centrum kultury i rozrywki. Może to banalne, ale na fali odwoływania się do lokalnych sentymentów hasło „Świdnica rynek z tradycjami” nie jest pozbawione sensu.

Comments

comments