Wczoraj wieczorem w jakimś materiale telewizyjny znany aktor Jan Nowicki, przebrany za św. Mikołaja i rozdający prezenty mieszkańcom wsi, w której ma dom nad jeziorem stwierdził, że dawanie jest bardzo męskie. Przez chwilę pomyślałem, że po Nim nie można było spodziewać się innego stwierdzenia. Ten wzór macho, niemal rodem z Sevres pod Paryżem, był jednak tak autentyczny w tym, co funduje swoim wiejskim sąsiadom, że dochodzę do wniosku, że to musi być coś na rzeczy. Podobno istniej teoria, że dawanie staje się coraz bardziej toksyczne, jeśli nie idzie za nim przyjemność z brania. Pewnie na różnych etapach naszego życia jest to sprawdzalne. Kiedy jesteśmy dziećmi bierzemy całymi garściami nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego zjawiska. Gdy dorastamy zaczynamy zmieniać pozycję i stajemy się najczęściej „dawcami”. Zapominamy, że i my powinniśmy cieszyć się z podarunków. Nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie w każdym momencie powinniśmy być gotowi na branie. Ta równowaga jest konieczna po to choćby by nie zapomnieć, że żyjemy wśród ludzi.
Nasze społeczeństwo, nasza kultura – podobnie zresztą jak większość ludzkich społeczeństw – od młodości programuje ludzi, na dawanie jak najwięcej od siebie. Uczymy nasze dzieci pomagać innym, uczyć ich, być dla nich dobrymi. Nauczamy wielu, bardzo istotnych z punktu widzenia sprawnego działania maszyny społecznej, powinności i zachowań, ale zapomnieliśmy gdzieś po drodze o równowadze między dwiema stronami równania. Ucząc dawać, nigdy nie uczyliśmy dzieci przyjmować. Być może ma to związek z uwarunkowaniami religijnymi, być może takie podejście okazało się być zbyt cenne dla społeczności, aby dało się inaczej. Niezależnie od przyczyn cnota hojności (wręcz cnota poświęcania się) stała się w naszym społeczeństwie, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, czymś niezwykle cenionym. Możliwość wychowania dziecka na osobę pozbawioną tej zalety, lub utraty jej we własnym życiu stała się realną groźbą. Środki zaradcze zastosowane dla uniknięcia takiej sytuacji przeważyły jednak szalę na drugą stronę.
Równowaga jest czymś niezbędnym w życiu, czymś, przed czym nie sposób uciec. Jeśli nie wprowadzi się jej naturalnie, zmuszając system do przebywania w nienaturalnej pozycji przez zbyt długi czas, aby uratować cały układ przed zniszczeniem, nastąpi bardzo silne, choć niekoniecznie dobrze ukierunkowane parcie w drugą stronę. Podstawowe prawo dynamiki Newtona – akcja wywołuje reakcje – ma bardzo praktyczne zastosowanie również na poziomie ludzkiego zachowania.
Co zyskujemy dzięki lepszemu opanowanie umiejętności brania? Przede wszystkim, możemy pozwolić sobie wreszcie przyjąć wszystkie te rzeczy, które wcześniej były w naszym zasięgu, a których nie przyjmowaliśmy. Daje nam świadomość tego, jak wiele dostajemy od innych ludzi i jak chętni są oni do dawania – oraz tego, że niekoniecznie było to przez nas dostrzegane. Uczy nas dostrzegać chęć dawania nawet u tych, którzy jeszcze nie potrafią dawać skutecznie, – ale pragną to czynić (np. rodzic strofujący dziecko, w próbie wyrażenia miłości i troski o niego).
Nasze relacje z innymi ludźmi staną się lepsze i pełniejsze, ponieważ zaistnieje w nich prawdziwa dynamika dawania i brania. Nie jest, bowiem tak, że zdrowy związek (romantyczny, małżeński, towarzyski czy zawodowy) wymaga ciągłej, idealnej równowagi – równowaga jest tu potrzebna w dalekosiężnej perspektywie, w krótkich okresach czasu możliwa, a czasem wręcz pożądana jest pewna nierównowaga w jedną stronę, kiedy jedna osoba bierze lub daje więcej… Tak długo, jak wiadomo, że za jakiś czas szale się odwrócą – i tak długo jak ten „jakiś czas” nie jest odkładany w nieskończoność.
Dzisiaj w pierwszy blogowy wigilijny wieczór życzę wszystkim moim odwiedzającym równowagi w otaczającej nasz codzienności. Normalności i refleksji nad mijającą chwilą. Uśmiechu i słońca, nie tylko w kieszeni. Ale przede wszystkim zdrowia, zdrowia, zdrowia…..

Comments

comments